W połowie jednego ze spotkań zrobiłem rozmówcom prywatny test Pepsi. Bez słowa przełączyłem obraz z wysłużonego bezlusterkowca, podpiętego przez Cam Link 4K, na Elgato Facecam 4K przypiętą do monitora. Potem z powrotem i jeszcze raz, i tak kilkukrotnie, podczas tego samego spotkania. Nikt się nie zorientował.
Zanim ktoś wystawi aparat na sprzedaż, dwa zastrzeżenia. Komunikatory i tak mielą obraz, więc drobne różnice w detalu giną po drodze. A ja siedziałem w porządnie ustawionym świetle i bez niego tego numeru bym nie powtórzył.

Głodna światła
W środku siedzi matryca Sony, jak na kamerkę internetową naprawdę spora. Im większa matryca, tym więcej światła łapie i tym mniej na obrazie szumu, który wygląda jak śnieg na starym telewizorze. Kłopot w tym, że obiektyw otwiera się dość wąsko (przysłona f/4, dla tych, którzy lubią liczby), więc światła wpada mniej, niż by się chciało. Przy żarówce pod sufitem i poświacie z monitora ciemne partie obrazu zaczynają musować jak woda gazowana. Postawiłem przed sobą lampę i w jednej chwili obraz wyglądał, jakby wyszedł z innego urządzenia.
Obiektyw jest do tego szerokokątny i widzi kawał pokoju, łącznie z tym, czego nie zdążyłeś schować przed streamem. W zamian cała twarz zostaje ostra, nawet kiedy odchylisz się na krześle, tyle że tło nigdy nie rozmyje się tak ładnie jak w trybie portretowym w telefonie. Na szczęście 4K daje zapas, więc kadr można przyciąć i przybliżyć bez robienia z twarzy mozaiki.

Lampa, balans bieli i święty spokój
U mnie Facecam 4K pracuje w parze z Key Lightem i to zestaw, który polecam każdemu, kto chce dobrze wypadać na spotkaniach, a nie ma ochoty zostawać operatorem kamery. Ustawiasz temperaturę lampy, wpisujesz tę samą wartość w balansie bieli kamerki, zapisujesz i zapominasz. Automatyka radzi sobie przyzwoicie, dopóki za plecami nie zaczną mrugać paski RGB, bo wtedy twarz w ciągu minuty przechodzi od opalenizny po urlopie w Chorwacji do cery wampira z telenoweli. Ustawienia zapisują się w samej kamerce, więc po przepięciu do laptopa, a po aktualizacji nawet do Switcha 2, wszystko wygląda tak samo.

Camera Hub, czyli oprogramowanie
Tylu ustawień w kamerce internetowej jeszcze nie widziałem. W darmowym programie Camera Hub ustawisz to samo, co w aparacie: czas naświetlania, czułość, balans bieli, kontrast i ostrość. Na trudne światło jest jeszcze tryb HDR, choć działa już tylko w 30 klatkach. Każda żarówka w domu nagle okazuje się mieć swoje zdanie na temat koloru mojej skóry, a Camera Hub pozwala się z każdą z nich pokłócić.
Najwięcej mówi suwak odszumiania. Niski poziom zbiera większość ziarna i niczego nie psuje, wysoki robi z twarzy porcelanę, ale przy żywej gestykulacji dłonie ciągną za sobą smugę. Do tego cztery zapisane kadry, między którymi przeskakujesz jednym kliknięciem albo przyciskiem na Stream Decku, jak w małym studiu z operatorem, który nigdy nie wychodzi na papierosa. Program może działać w tle, kiedy kamerkę trzyma już OBS, więc obraz poprawiasz w locie, bez przerywania streama.

Preview odpaliłem na ekranie 4K w trybie fullscreen, ale sam feed kamerki to jedynie 1080p60, a i tak wyglądało to znacznie lepiej niż jakakolwiek inna kamerka, którą miałem przyjemność testować w przeszłości. Spójrzcie na detale na koszulce - cienki tekst też. Pomimo, że już trochę łapię je głębia ostrości, to widać, że pikseli nie brakuje.
Mój gotowiec na start
Dla tych, którzy chcą po prostu przepisać wartości. Zakładam, że macie lampę.
- 1080p60 do streamów i spotkań, 2160p30 do nagrań. Oba tryby idą bez kompresji.
- Ręczna ekspozycja z migawką 1/100 s, żeby nic nie mrugało. Przy automacie filtr migotania na 50 Hz.
- ISO jak najniżej, na pewno poniżej 1000.
- Szeroki zakres dynamiki, HDR tylko wtedy, gdy siedzisz tyłem do okna.
- Balans bieli taki sam jak w Key Lighcie, na przykład 3800 K.
- Odszumianie na niskim, a na koniec zapis ustawień do pamięci kamerki.
Filtry w programie i na obiektywie
LUT-y, czyli gotowe przepisy na kolor, to moja ulubiona zabawka. Z pełnym color gradingiem mają tyle wspólnego, co zupka chińska z ramenem, ale do stałego looku w zupełności wystarczą. Rozmycie tła i Eye Contact wymagają karty Nvidia RTX, a ten drugi sprawia, że wpatrujesz się w obiektyw jak prezenter telezakupów, który zaraz dorzuci drugi komplet noży gratis.
Są też prawdziwe filtry. Duży plus za, to że wokół obiektywu biegnie gwint 49 mm, taki jak w obiektywach do aparatów, i Elgato chwali się, że to pierwsza kamerka z takim rozwiązaniem. Każdy okularnik, który walczył z odbiciem lampy w szkłach, zrozumie, po co komu filtr polaryzacyjny w kamerce.

Procesor ma wolne (prawie)
Najbardziej doceniam to, że Facecam 4K sama przygotowuje obraz. Jasność, kolory, odszumianie i HDR liczy procesor wbudowany w kamerkę, a komputer dostaje gotowy, nieskompresowany sygnał. Przy streamowaniu moc, której nie zjada kamerka, zostaje dla gry. Wyjątki są dwa: tryb 4K w 60 klatkach idzie po kablu skompresowany i komputer musi go rozpakować, a LUT-y i efekty z Camera Hub nakłada już program na komputerze. Na streama wystarczy jednak 1080p w 60 klatkach bez efektów i wtedy procesor ma naprawdę wolne.
Czy wystarczy na vloga?
Do nagrywania vlogów w 4K może zabraknąć bitrate'u i detali. Najwyższy tryb idzie skompresowany, a ostrość jest stała, więc produktu nie podsuniesz bliżej obiektywu. Jeśli kamera ma budować klimat, bezlusterkowiec dalej wygrywa. Na spotkania, let's playe i streamy Facecam 4K sprawdza się za to rewelacyjnie, bo stała ostrość nie gubi twarzy, kiedy po przegranej rundzie odchylisz się na krześle.

Mikrofon? Nie ma
Facecam 4K nie ma mikrofonu. W ogóle. Elgato wycięło go celowo, zakładając, że kto wydaje kilkaset złotych na kamerkę, ten i tak mówi do osobnego mikrofonu. Mikrofony w kamerkach od zawsze były zresztą bardziej dekoracją - mają zbierać głos z metra, a zbierają głównie wentylator, klawiaturę i sąsiada z wiertarką. Kto kupuje kamerkę do laptopa na służbowe rozmowy, musi doliczyć słuchawki z mikrofonem. Zaślepkę na obiektyw Elgato też sprzedaje osobno.
Wykonanie i cena
Z zewnątrz Facecam 4K wygląda jak mały kompakt, któremu ktoś odkręcił ekranik i przypiął go do monitora: matowa, czarna bryła z dużym obiektywem i metalową plakietką z nazwą. Na monitorze wygląda elegancko, ale dyskretna to ona nie jest - przy małych biurowych kamerkach wygląda jak ciężarówka na parkingu dla hulajnóg. Obudowa jest z plastiku, w większości z recyklingu, i waży niewiele więcej niż tabliczka czekolady, ale nic w niej nie trzeszczy. W pudełku jest pleciony, dwumetrowy kabel i uchwyt na monitor z gwintem pod statyw. Do pełni możliwości kamerka potrzebuje portu USB 3.0.

Facecam 4K trafiła na rynek pod koniec lipca 2025 roku i startowała w Polsce z ceną 869 zł. Dziś kosztuje około 750 zł. Za sprzęt, który w dobrym świetle staje w szranki z aparatem podpiętym przez kartę przechwytującą, to uczciwe pieniądze.
Na koniec
Elgato Facecam 4K to najlepsza kamerka internetowa, jaka stała na moim monitorze, i zarazem najbardziej wymagająca. Poleciłbym ją każdemu, kto streamuje, nagrywa let's playe albo spędza pół dnia na spotkaniach i chce na nich wyglądać lepiej niż nagranie z osiedlowego monitoringu. Odradzam ją komuś, kto siedzi przy jednej lampce i nie zamierza tego zmieniać, oraz vlogerowi, który szuka filmowego rozmycia tła i szybkiego autofocusa na produkty pokazywane do obiektywu.
Facecam 4K jest dla aparatu tym, czym domowy ekspres dla ulubionej kawiarni: nie zastąpi jej, ale po tygodniu łapiesz się na tym, że dawno tam nie byłeś i w sumie po co przepłacać.
Komentarze